Skip to content

Anunanucośtam i pierwsze kilka tysięcy schodów

10/03/2013

DSCN7541

W żadnym jeszcze kraju nie miałam takich problemów z zapamiętaniem nazw miejscowości, które odwiedzam, jak na Sri Lance. Dopiero po wyjeździe z Anuradhapury nauczyłam się wymawiać tę nazwę bezbłędnie ;)

Z dawnej stolicy syngaleskiego państwa nie dane mi było zobaczyć zbyt wiele. Więcej zdjęć (i wrażeń) mam z pobliskiego Mihintale, miejscowości ze świętą dla buddystów górą pielgrzymkową, wdrapując się na którą pokonałyśmy niezliczoną ilość schodów. A to miała być dopiero rozgrzewka…

Droga autobusem z Vavunyi do „Anunanucośtam” przebiła wszystko, czego do tej pory doświadczyłam na drogach Kambodży, Indii czy Wietnamu. Dostałyśmy „VIPowskie” miejsca w pierwszym rzędzie zaraz przy kierowcy (często zarezerwowane są dla mnichów). Niestety siedzenie ograniczała metalowa barierka, a mimo, że strasznymi grubasami nie jesteśmy, w azjatyckie kanony się nie wpasowujemy, zmieniałyśmy się więc co pół godziny, tak, że jedna siedziała na siedzeniu, a druga wisiała na jego brzeżku półdupkiem. Zaraz obok otwarte na oścież drzwi, więc przy ostrym hamowaniu adrenalina skakała, trzeba się było mocno trzymać. Otyłym Amerykankom jazda takimi autobusami sprawiałaby niezłe kłopoty!

Kierowca najwyraźniej ma ADHD. Najpierw co chwilę odwraca się, patrząc na nas, potem na zmianę dłubie w nosie, uchu, oku, ziewa, wyciera brudną szmatą lusterko, a następnie kierownicę, pisze smsa. A ja tylko myślę: „Spójrz się czasem na drogę człowieku, błagam!”. Na szczęście po kilkunastu minutach jazdy, kiedy już jesteśmy nią zmęczone, zatrzymujemy się i kierowca wraz z biletowym i kolegą wysiadają, udając się bez pospiechu do przydrożnej kapliczki (to nieodłączny element przemieszczania się po tutejszych drogach). Zanurzają ręce w ogniu, oddają pokłony, okrążają świątynkę, a na końcu jeszcze ucinają pogawędkę ze stacjonującym w niej babą. Całość trwa jakieś dziesięć minut, ale nikt się nie niecierpliwi. Uff, teraz już możemy bezpiecznie jechać ;)

Coś, co nas zastanawia to obecność plakatów z BIAŁYMI bobasami w każdym niemal autobusie, zamiennie z portretami Buddy/Krishny. Panuje tu kult białej skóry- na szyldach reklamowych też częściej zobaczymy białoskórych niż Lankijczyków.

Przednia szyba przyozdobiona jest dość różnorodnie: od świecących wszystkimi kolorami tęczy obrazków Buddy, przez ikonę Maryi, po wiszące kwiatki z hinduistycznej świątyni.

IMG_1208

jak zwykle w Azji- bezbłędny angielski ;) i dyndające laleczki-voodoo?*

IMG_1210

dyskotekowo migające obrazki Buddy i płaski TV, a z niego ryczące karaoke- po kilku godzinach słuchania tego miałoby się ochotę zmienić repertuar nawet na disco polo *

Do Anuradhapury docieramy dość późnym wieczorem i to błąd. Chciałyśmy poszukać taniego hotelu rozglądając się na miejscu, jak to zwykle robimy, ale nie dość, że przy wysiadaniu z jadącego jeszcze autobusu konduktor popycha Ewę i ta z impetem upada na beton, rozwalając sobie to i owo, to wysadzają nas na jakimś ciemnym zadupiu z dala od dworca autobusowego. Nie bardzo wiemy, gdzie jesteśmy, a jedyny obecny w pobliżu przystanku taksówkarz kompletnie nie zna miasta. Przechwala się, że był żołnierzem, ale w tej chwili słuchanie jego historii to ostatnie, na co mamy ochotę. Jedzie przed siebie, nie odpowiadając na moje pytania, dokąd zmierzamy. Ewa krwawi, ja nie mogę się z nim dogadać, a na ulicach żywej duszy. Krążymy i krążymy, w końcu koleś pokazuje policjantowi zapisaną przeze mnie nazwę i adres najtańszego hotelu, jaki znalazłyśmy w przewodniku. Ten wskazuje nam drogę, ale znów błądzimy. Pytamy kolejnego policjanta i w końcu docieramy, okazuje się jednak, że nie mają wolnych pokoi i wysyłają nas gdzie indziej. Błądzimy ponownie, po czym gościu chce dwa razy więcej kasy niż ustaliliśmy na początku, tłumacząc to tym, że jechaliśmy o wiele dłużej niż mieliśmy (nasza wina?). Spławiam go i zostajemy już w tym super drogim jak na nasz budżet hotelu. Mamy za to moskitiery i WI-FI, co po prawie tygodniu spędzonym w okolicach Jaffny wydaje się luksusem nie z tej ziemi.

W Anuradhapurze oprócz ruin antycznego miasta nie ma nic wartego uwagi. Ja ruiny z góry sobie odpuszczam, bo wstęp do nich kosztuje $25, co jest jakimś szaleństwem- to drożej niż kambodżańskie Angkor Wat! (Okazuje się jednak, że da się i za darmo, o czym poczytacie u Ewy, która się tam wybrała)

Planuję zostać w hotelu i ponadrabiać trochę zaległości, a potem wybrać się na spacer, ale jako że już od paru dni jestem jakaś słaba i tym razem też cały dzień źle się czuję, prawie nie ruszam się z łóżka. Popołudniu dostaję wiadomość od Justyny z Colombo. Pisze, że ma dengę i wylądowała w szpitalu w ciężkim stanie… Pierwsze objawy pojawiły się u niej kilka dni wcześniej, z czego wynika, że do zarażenia najprawdopodobniej doszło, jak u niej nocowałam zaraz po przylocie na wyspę. Jak możecie się domyślić, wpadam w lekką panikę. Zastanawiam się, jak zachowa się dalej mój organizm i odganiam od siebie czarne wizje zakończenia podróży, z którym mogłoby się wiązać zachorowanie na to cholerstwo, bo o ile pierwsze przejście dengi wiąże się „jedynie” z krótkim pobytem w szpitalu, a potem nawet kilkumiesięcznym oszczędzaniem sił, to drugie może być już śmiertelne.

Gorączka denga na Sri Lance jest poważnym zagrożeniem, szczególnie w dużych miastach. O ile o malarii nie słyszy się tu zbyt często, przypadków dengi jest wiele. Jest jej kilka odmian, a najcięższej mogą towarzyszyć krwotoki wewnętrzne i ciężkie powikłania. Nie ma na nią szczepionki ani lekarstwa, leczenie jest wyłącznie objawowe i polega głównie na leżeniu w łóżku. Jedynym sposobem na uniknięcie zachorowania jest chronienie się przed komarami, ale Lankijczycy niewiele sobie z tego robią i o dobre repelenty tu ciężko.

Kolejnego dnia na szczęście jest już lepiej. Możliwe, że mnie też użarł ten zarażony komar, tylko mój system odpornościowy okazał się być silniejszy i zareagował jedynie osłabieniem organizmu. Obiecuję sobie od tego dnia już zawsze spać pod moskitierą i kolejny raz (znów bezskutecznie) szukam sprayu na komarzyska w całym niemal mieście. Kończy się na olejku citronella i spiralach do palenia, bo sprayów tu nie znają :/

Jako, że na samą myśl o string hoppersach (czyli makaronie) i ostrym curry na śniadanie robi nam się już niedobrze, z radością odkrywamy piekarnię niedaleko naszego hotelu, prowadzoną przez dwie przemiłe kobietki- matkę i córkę. Dopiero niedawno otworzyły ten biznes. Ściany są jeszcze pięknie wymalowane i jest czysto, obiecałyśmy polecać ją znajomym, podaję więc namiary: „Delight Bakers”, 488/8F Maithripala Senanayake Mawatha.

IMG_1222

my to wszystko mamy zjeść?:O *

O wiele bardziej niż Anuradhapura (choć mi się ciężko na jej temat wypowiadać..) podoba nam się Mihintale, odległe zaledwie kilkanaście km od pierwszej miejscowości. Jeszcze przed wejściem na wzgórze, u jego stóp, znajdują się pozostałości szpitala z zamierzchłych czasów:

DSCN7496

DSCN7498

wanienka

IMG_1574

jaszczur z pięknym ogonem*

Na poziom głównej świątyni prowadzi 1840 schodów*:

IMG_1582

Ale jak ktoś tak bardzo jak ja nie lubi schodów, można obrać łatwiejszą drogę:

IMG_1603

Trzeba mieć oczy dookoła głowy, bo szaleją małpy złodziejaszki:

DSCN7513

Przed wejściem na teren świątyni można się zaopatrzyć w kwiaty:

DSCN7514

IMG_1671

IMG_1631

Wdrapujemy się jeszcze wyżej- na szczyt z posągiem Buddy:

DSCN7518

DSCN7519

 …i na skałkę ze świetnym widokiem, na którą prowadzą wyżłobione w kamieniu schodki. Wchodzić trzeba boso, a podczas deszczu (pada cały czas), schody zamieniają się w ślizgawkę:

DSCN7549
mihintale

W Mihintale po raz pierwszy (i niestety nie ostatni) spotykamy naszych rodaków na wycieczce z biura podróży z tęczą w nazwie. W pierwszej chwili nawet się cieszymy na widok polskich napisów na autokarze, ale szybko entuzjazm mija. Dwie starsze panie, słysząc, że rozmawiamy po polsku,  zagadują:

– A wy też z naszej wycieczki, dziewczyny?
– Nieee, my wolimy na własną rękę
– Saaame?! Ale jak to?! Nie boicie się?! Ojej, ale wy to musicie być odważne!
– Bez przesady, dużo ludzi tak podróżuje…
– No ale to jak wy się przemieszczacie? Tymi rozklekotanymi autobusami?
– Tak…
– Boże, ale gdzie wy śpicie, jak organizujecie sobie hotele? Pewnie z Internetu?
– Niekoniecznie, po prostu szukamy na miejscu najtańszych opcji (couchsurfing przemilczamy, bo to by wymagało już za dużo tłumaczenia :P)
– Niesamowite… A jak się z NIMI dogadujecie?
– Normalnie, jak z ludźmi
– Aha, ale to pewnie mówicie trochę po angielsku?
– Mówimy, ale oni nie zawsze mówią… Zawsze zostaje mowa ciała i nauczenie się kilku zwrotów w ich języku
– Oj, to jest straszną przeszkodą
– A po rosyjsku pani mówi?
– No po rosyjsku tak…
– O widzi pani, a ja nie. To cała Rosja i byłe republiki stoją otworem, czemu by się tam nie wybrać?
– ALE…

No właśnie, tacy ludzie i tak zawsze znajdą jakieś ALE…

ALE, najlepszy tekst dopiero nastąpił. Przyłączyła się kolejna pani i po kolejnych zachwytach nad tym, że my to tak SAME, oznajmiła:
– No my tu mamy na szczęście swojego polskiego przewodnika i też swojego MURZYNA mamy (wypowiedziała to z pełną powagą, bez cienia ironii czy żartu, ta pani naprawdę żyje w świadomości, że Lankijczycy są MURZYNAMI).

Nie dowierzamy. Kombinujemy, jak tu zakończyć rozmowę i czym prędzej się ulotnić.

A te kilka tysięcy schodków, które pokonałyśmy to dopiero rozgrzewka przed tym co nas czeka w drodze na Adam’s Peak. Ale zanim o tym, udałyśmy się w jeszcze jedno miejsce z dużą ilością schodków…

Ostatnich kilka ujęć z Anuradhapury:

DSCN7494

dworzec autobusowy

DSCN7493

sztuki tuk-tukowej cd :) (=dumny z bycia Lankijczykiem)

DSCN7556

kurs niemieckiego? Jesteśmy pod wrażeniem, ilu „Murzynów” oprowadzających turystów po niemiecku, włosku czy francusku tu spotykamy! Niektórzy z nich w obcych językach mówią naprawdę świetnie.

(fotki oznaczone “*” pochodzą od Ewy)

6 Komentarzy leave one →
  1. 10/03/2013 11:30 pm

    Oj, schodki mi się przypomniały :D I pan z autobusu… ale suma sumarum z moim szczęściem podczas tego wyjazdu to szorowanie dziury w ręku szczoteczką to był pikuś ;) Dobrze, że Ty z tą dengą nie miałaś mojego „szczęścia”…

    • 12/03/2013 6:01 am

      schodki to się dopiero zaczynają :) A ja często (odpukać) mam więcej szczęścia niż rozumu :P

  2. 10/03/2013 5:26 pm

    Ale mi zmroziłaś krew tą dengą! dobrze, że nie skończyło się na niczym poważnym :)

    • 10/03/2013 5:41 pm

      ja to miałam dopiero zmrożoną krew! A u was w Kuwejcie jest dużo komarów?

    • 10/03/2013 11:28 pm

      Emi, komary na pustyni? ;)

    • 12/03/2013 5:59 am

      a cholera je tam wie, w miastach zbiorniki wodne są, a te dziady się teraz do każdych warunków przystosować umieją…

Masz coś do dodania? Wal śmiało!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: