Skip to content

W stronę pustyni i tysiąca świątyń

09/01/2013

DSCN3516

Sobie jadę pociągiem. Bilet mam do Jaipuru, ale po drodze, pod wpływem poczytania przewodnika i pogawędki z Hiszpanką, która Radżastan dobrze zna, Jaipur blednie w moich oczach (nazywany jest od koloru budynków „różowym miastem”, co mnie odstrasza) i zmieniam zdanie. Wypada na Pushkar. Tam kolorów jest więcej. Jadę więc pociągiem dalej niż zamierzałam, wysiadam w Ajmerze i stamtąd przepełnionym do granic możliwości lokalnym busem dobijam do Pushkaru. Okazuje się, że był to strzał w dziesiątkę!

To ze swastyką to napis na drzwiach jednego z domów, ale Pushkar wita na różne sposoby:

DSCN3427

kolejny raz to samo graffiti (było już w Gokarnie i Hampi)

Święte miasto. Jedno z wielu w Indiach. Malutkie, ale ma wielkie znaczenie, bo jest tu 1000 świątyń (w tym jedna z nielicznych takich na świecie świątynia hinduskiego boga Brahmy) i aż 52!!! ghaty, które, tradycyjnie, są najliczniej odwiedzaną miejscówą w mieście. Tym razem nie nad rzeką, a naokoło jeziorka, które, wg legendy, powstało z łez samego boga Shivy.

Jeszcze w autobusie zagaduje mnie jakiś gościu, właściciel guesthouse’a. Namawia, żebym zatrzymała się u niego i udaje mu się to bardzo łatwo, bo jestem zmęczona podróżą i nie chce mi się chodzić po mieście w poszukiwaniu hotelu.

Droga z dworca dość daleka, ale jej połowę przejeżdżam, bo po drodze napotykam pierwszego w swoim życiu wielbłąda! :D Jego opiekunowie, siedzący w budce biura podróży, z rozbawieniem obserwują moją żywiołową reakcję na widok zwierza i sami proponują mi, że, jako że się nudzą, przewiozą mnie na nim prosto do guesthouse’a za free. Pierwsze wrażenie- okropnie trzęsie! Trzeba się mocno trzymać, żeby nie spaść z grzbietu. Cała jednak jestem szczęśliwa i od pierwszego wejrzenia zakochuję się w wielbłądach;)

DSCN3213

„z jednej miski jedli” :P

DSCN3305

NO PARKING?

DSCN3399

normalny widok w centrum miasteczka

Guesthouse okazuje się średnim wyborem. Mimo, że dzieją się tam ciekawe akcje typu przeganianie krowy, która 5razy pod rząd wchodzi na teren posesji wpierniczać liście z krzaka, a dopiero za szóstym, przeganiana gałązką, spiernicza, aż się kurzy, to oprócz mnie jest tam tylko jakaś rodzina z dziećmi, a tym razem mam ochotę na towarzystwo, odsypiam więc podróż i po jednym dniu przenoszę się do centrum miasteczka. Jako, że to poza sezonem, sporo z nich jest zamknięta, więc nachodziłam się trochę, zanim znalazłam TEN jedyny ;)

Jeszcze kiedy chodzę z plecakiem między jednym hotelikiem a drugim, zgarnia mnie z ulicy staruszek, wciskając kwiatki, które mam wrzucić do wody na szczęście. Zdaję sobie sprawę, że to naciągacz, ale zapowiada się ciekawie.. Sadza mnie nad brzegiem bajorka, odprawia mantry, każąc mi powtarzać „za mamusię”, „za tatusia” i takie tam, gada długo i szybko, próbując uśpić moją czujność, aż w końcu mówi „za pieniądze” i wplata w to „darowizna 3000 rupii”. Na szczęście nie powtarzam mechanicznie, tylko od razu się uśmiecham i zaczyna się dyskusja. On swoje: „Minimalne datki od takich już NAJbiedniejszych to 1000 rupii”, a ja swoje: „Nie dam więcej niż 30”. W końcu staje na pięćdziesięciu, bo gościu mnie rozbawił, a ja mam za to na pamiątkę czerwoną kropę na czole i czerwony sznureczek na nadgarstku (noszę go do dziś!), nazywany „przepustką do Pushkaru”, dzięki któremu inni naciągacze już mnie nie zaczepiają. W innych miastach, do których pojadę później, sznureczek zawsze kojarzyli z Pushkarem właśnie.

DSCN3286

znad ghatów zdjęć nie mam, bo taka tam wisiała tabliczka

świątynki

świątyń jest duuuużo, ale spora część wygląda tak skromnie. Gdzieś w głębi bramy albo z ulicy po schodkach, wąskim przesmykiem 50m od niej, napotkamy czasem jedną figurkę. I to już jest świątynia.

DSCN3428

figurek bywa więcej ;) Przedstawiają różne dziwne bóstwa. Te miały nie więcej niż 0,5m wysokości

świątynki2

Do niektórych tłumy walą drzwiami i oknami, ale są też takie, gdzie jedna osoba dokonuje jakichś magicznych obrzędów- np. ten po prawej macha bożkowi przed „twarzą” ogniem

DSCN3289

DSCN3511

Są świątynie, to muszą być i pielgrzymi. Kobiety noszą tu wyjątkowo kolorowe i jaskrawe sari, raj dla fotografów! Ważna zasada- im więcej tłuszczyku, tym bardziej brzuch odsłaniamy, bo w Indiach to powód do dumy!

DSCN3518

DSCN3447

DSCN3449

kobiety2

Wypada się odpowiednio umalować:

DSCN3379

Wejścia do niektórych świątyń strzegą złowrogie małpiszony:

malpy

W całym Radżastanie bramy i fasady domów są bogato zdobione, kolorowe i z mnóstwem detali.

DSCN3322

DSCN3563

arch

DSCN3283

DSCN3223

bramy

po prawej: w niektórych bramach czyhają niespodzianki

Jako, że miasto święte, krów tu pod dostatkiem, w końcu one też są święte. Łażą, gdzie im się tylko podoba. Hindusi na pielgrzymkach zwracają na nie podwójną uwagę, jakby odkupując swoje winy dokarmianiem ich.

DSCN3468

DSCN3436

DSCN3575

DSCN3292

bywa, że tarasują przejście,ale wtedy dostają po głowie ręką, kamieniem, kokosem albo co tam pod ręką Hindus akurat ma

DSCN3504

DSCN3532

integracja

krowy

po prawej: pewnie najlepsza klinika w mieście :)

Na ulicach tłoczno i wesoło.

kobiety

po lewej: kobiety tu często zakrywają twarz kawałkiem sari. Chronią się przed słońcem, wiatrem, piaskiem i spojrzeniami.

kumple

kumple

W guesthouse’owej restauracji przysiada się do mnie Hindus, kolega jego właścicieli. Żali się, że nuda, że turystów brak i zaprasza mnie na piknik na pustyni ze swoimi kumplami. Kręci coś po moim pytaniu, czy będą tam jakieś inne dziewczyny. Waham się i waham, bo nawet moja couchsurferka z Mumbaju- Hinduska, ostrzegała mnie: „Nigdy nie ufaj Hindusom, a już na pewno nie w Radżastanie”, ale…coś takiego kusi. Kolejny raz myślę sobie, że przecież to same znane figury w mieście- hotelarze, sklepikarze, więc raczej nie odważyliby się zepsuć sobie reputacji jakimiś głupimi akcjami. Wieczorem jedziemy (ja i siedmiu facetów) najpierw na zakupy, potem do świątyni ich znajomego Aloo Baby (Aloo=ziemniak), który od kilkunastu lat żywi się TYLKO i wyłącznie pyrami.

Drogę przecina nam mnóstwo pawi! Jestem zachwycona, bo nigdy się nie zastanawiałam, jakie jest ich naturalne środowisko życia. Wydawało mi się zawsze, że żyją głównie w miejscach typu warszawskich Łazienek;)

O Aloo Babie piszą nawet w przewodniku. Niestety jednak właśnie wyjechał i zamiast niego rezyduje tam jakiś inny, „normalny” baba. Jest już ciemno. Przygotowujemy bati (miejscowa specjalność- kulki z ciasta), ryż i warzywa. Jako, że Pushkar to święte miasto, nie dostanie się tu mięsa, alkoholu, a nawet jajek! Chłopaki opowiadają mi, jak kilka lat temu sprowadzali napoje wyskokowe z sąsiednich miast i sprzedawali zagranicznym turystom (nikt inny nie chciałby ich tu pić) na wyjazdach na pustynię, bo w mieście nikt się na to nie odważył. Któregoś razu jednak na tej pustyni mieli nalot policji…Oczywiście teraz panuje zasada „klient nasz pan” i w co bardziej turystycznych knajpkach dostaniemy jajecznicę czy ryż z kurczakiem, a nawet piwo „spod lady”.

Wracając do ogniska- pieczenie odbywa się w hm…ciekawy sposób. Potrawy najpierw przygotowywane są normalnie, w garnkach na ogniu, a następnie z…krowiego łajna budowany jest kolejny „piec” i jedzenie siedzi w tym dłuższą chwilę, na szczęście zawinięte w folię ;) Trochę mnie to odstrasza, ale dzielnie zjadam wszystko. Jest pycha, ale lecą mi łzy, bo w garnkach wylądowała kosmiczna ilość chilli, ale na złagodzenie do zagryzania dostaję ryż z czymś podobnym do zsiadłego mleka (oni nazywają to po ang. curd) i następnego dnia nie mam nawet najmniejszych dolegliwości żołądkowych :)

pust

po lewej: „piec” z krowiego łajna; po prawej: uchwycony z drogi paw

Wszystko jest ok- gadamy, śmiejemy się itd, do czasu gdy któryś z nich spogląda mi prosto w oczy i mówi: „rozkoszuj się, bo to twój pierwszy i ostatni taki posiłek”. Od razu oczami wyobraźni widzę, jak mnie porywają dalej na tę pustynię i układam sobie w głowie całą straszną historyjkę. Na dodatek puszczają mi z komórki film o kanibalach żyjących ponoć gdzieś w pobliżu. Panikarz się załącza, ale staram się nie dać po sobie nic poznać. Oczywiście później okazuje się, że sobie ze mnie żartowali, cała i zdrowa dotrwałam do rana;)

Chłopaki palą hasz zmieszany z czymś tam, piją też bhang lassi, na którego wspomnienie aż się wzdrygam po nie tak odległej akcji z nim w roli głównej.

Żalą się, że często muszą szukać towarzystwa zagranicznych turystek, bo Hinduski są bardzo niedostępne i nie ma nawet opcji, żeby wychodziły z domu po zmroku w towarzystwie kogoś innego niż męża, brata lub ojca. Ci obracający się w turystyce wiedzą, na czym polega koleżeństwo i sami by chcieli żyć tak po „europejsku”, ale kultura nie pozwala…

Po skończonym posiłku większość towarzystwa się rozjeżdża, a mój znajomy oferuje mi przejażdżkę do nieopodal położonej świątyni, w której są akurat całonocne obchody święta Shivy-jednego z hinduistycznych bóstw. Co to za święto, ten sam dokładnie nie wie. Za dużo ich mają, żeby sami mogli to ogarnąć..

Już z daleka niosą się głosy. Śpiewy i miarowo uderzane bębny. To nie żadna orkiestra- jakieś 50-60 przypadkowych osób siedzi na materacach rozłożonych na ziemi i gra na różnych instrumentach. Każdy we własnym tempie, tak jak potrafi, ale całość wypada wyjątkowo zsynchronizowana. Ja też dostaję do ręki talerze i uderzam nimi, próbując dopasować się do reszty. Samo słuchanie tego hipnotyzuje, a jak się jest tego częścią, to już w ogóle opanowuje człowieka jakieś dziwne, niesamowite uczucie.

DSCN3263

Mam nawet filmik! Oprócz koszulki LACOSTE za wiele na nim wprawdzie nie widać, ale chodzi o to, żebyście wczuli się w klimat i muzyczkę :)

Po jakimś czasie muzyka się kończy i zaczynają śpiewać kobiety. A właściwie wyć. Jak co niektóre babcie w polskim kościele. Zawodzą tak strasznie, że nie mogę tego słuchać. Wreszcie kończą i starsi panowie recytują mantry. W kółko to samo, albo wszystko do siebie podobne. W każdym razie takie to wyciszające, że usypiam. Tak mi wygodnie na tym materacu. Budzi mnie burza. Śpiewy już ustały, część ludzi się rozjechała, a ci, którzy zostali, dyskutują w kółeczku. Nie ma żadnych świateł, ale jest bardzo jasno-to księżyc tak mocno operuje. Decydujemy się zostać na pustyni do rana, choć zimno jest przeraźliwie.

Rano pierwsze co widzę po otwarciu oczu to małpy. W ilościach hurtowych. Biegają gdzie popadnie i drą japy. A ja się cieszę, że spędziłam noc w takiej okolicy :D Zaraz po wschodzie słońca wracamy. Mijamy obozowisko turystów, którzy za podobny do mojego nocleg zapłacili kupę kasy. Z tą różnicą, że przyjechali tu na wielbłądach.

Późnym południem wybieram się na niby krótki spacer, żeby coś zjeść, a kończy się jak zwykle po kilku godzinach. Idę na rozległy teren targów wielbłądzich- w Pushkarze każdej jesieni odbywają się największe w tej części świata tego typu targi. Chciałabym bardzo bardzo kiedyś tu na nie przyjechać! Piasek rozciąga się po horyzont.

DSCN3404

Są i one- WIELBŁĄDY! :D Chodzę wokół nich, oglądam, zaglądam tak tylko póki co orientacyjnie w cenniki biur organizujących wielbłądzie safari i mam już wracać, kiedy zaczepia mnie właściciel jednego z nich. Mówi, że za darmo przewiezie mnie na Radziu, bo tak się zwierzak wabi:) Wietrzę podstęp, ale przekonuje mnie, że i tak się nudzi, bo low season i turystów nie ma, więc chętnie się sam przejedzie. No ok.

Radziu

poznajcie Radzia!

DSCN3408

każdy wielbłąd po urodzeniu wypalany ma „tatuaż”, żeby łatwo było go rozpoznać w tłumie

DSCN3409

jedziemy!

Jeździmy po pustyni bitą godzinę. Spacerkiem, truchtem, zatrzymujemy się też posłuchać staruszka, który gdzieś tam na odludziu gra sobie sam na flecie. Po jakimś czasie kolo siedzący za mną zaczyna się przystawiać, wiedząc, że nie mam drogi ucieczki. No tak, wiadomo było, że to takie „za darmo”. Dostaje po łapach. Chwilę potem opowiada o swojej przyszłej, wybranej przez rodzinę, żonie, którą dopiero co poznał. Nie spodobała mu się i w związku z tym pyta się mnie, czy nie chciałabym mieć hinduskiego męża. Olaboga! Nalegam na powrót. Mimo to gościu proponuje mi przejażdżkę do jego domu i kolejną, znów „darmową”, tym razem już kilkudniową, wycieczkę po pustyni- tzw. „safari”. Pytam, czy miałabym dołączyć do grupy turystów, ale ten uczciwie mówi, że pojechalibyśmy sami, eh, ci Hindusi :/ W drodze powrotnej załapuję się jeszcze na zachód słońca nad pustynią :)

wielbł

po lewej: tak przystrojona jest większość „wycieczkowych” wielbłądów; po prawej: częsty widok w mieście…

Bardzo mi się to miasteczko spodobało i zostałam tam prawie tydzień, także ciąg dalszy z Pushkaru i okolic nastąpi!

6 Komentarzy leave one →
  1. 10/01/2013 10:36 pm

    Czasami warto zaryzykować :) My mamy na Sri Lance zaproszenie na trekking do ludów aborygeńskich. Jeszcze nie odkryłam gdzie jest podstęp ;)

    • 10/01/2013 10:41 pm

      wow! Od kogo to zaproszenie?;) Jedziemy bez dwóch zdań! Więcej szczegółów na priv?:>

    • 10/01/2013 10:53 pm

      Szczegóły dostaniesz. Mamy zaproszenia na herbatki, obiadki, noclegi i wspólne wycieczki. Normalnie możemy przebierać i wybierać ;)

    • 10/01/2013 10:56 pm

      już mi się podoba, czekam!

  2. Marta permalink
    10/01/2013 10:23 am

    Tabliczka dla turystów napisana hinduskim angielskim- boska!!

    • 10/01/2013 11:05 am

      taaaak, Azjaci są w tym mistrzami! ALCHOHOLu pić nie można :D

Masz coś do dodania? Wal śmiało!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: