Skip to content

3 stolice w 3 dni

23/06/2012

I to wcale nie Wiedeń-Budapeszt-Bratysława.

Arcydzieło na moich łapkach. Mehndi, popularnie zwane henną, młode utalentowane chłopaczki na ulicach Delhi malują za grosze

Delhi. Nie takie złe, jak o nim mówią. „Dzięki” aerosvitowi spędzam tu 3 dni więcej, niż było w planie. Za zwiedzanie się nawet nie biorę, bo 46 stopni w powietrzu zwalają z nóg. Przechadzam się leniwie od wypasionego klimatyzowanego hotelu (znaleziony na agoda.com za niewiele większe pieniądze niż depresyjne klitki w obskurnych hotelikach w dzielnicy Parah Ganj z ledwo zipiącym w tych upałach wentylatorem) do klimatyzowanego, a jakże, McDonald’s czy innego KFC. Obserwuję ludzi i wciąż się dziwię. Dziwię się aż do ostatniego dnia w Indiach.

Mecz Polska-Rosja próbuję obejrzeć w pubie. W końcu Delhi to olbrzymie miasto, mieszka tu sporo obcokrajowców, powinni więc transmitować Euro. Transmitują, ale o 1 w nocy wszystkie puby zamykają, a nasz mecz zaczyna się dopiero o północy indyjskiego czasu. Jest nas-Polek- dwie, prosimy więc o podgłośnienie TV na maksa na hymn narodowy i na stojąco śpiewamy z reprezentacją. Na widok biało-czerwonych trybun przechodzą mnie ciarki i leci łezka, nie posądzałam się nigdy o aż taki patriotyzm ;) Atmosfery brak, piłką nożną nikt nie jest zainteresowany, oglądają krykieta. Jedynie barman pyta nas, czy to ważny mecz. Myślimy chwilę, jakby mu to wytłumaczyć i w końcu mówimy, że to tak jakby Indie grały z Pakistanem. Ze zrozumieniem kiwa głową, przyznając, że w takim razie to dla nas pewnie więcej niż tylko emocje sportowe.

A pan w sklepiku z pen-drive’ami zaskoczył mnie, mówiąc: „Polska? Zbigniew Boniek! Byłem jego największym fanem. A wczoraj w TV oglądałem, jak piłkarze zjechali się już do Polski i jechali na wycieczkę do Auschwitz”- jak miło dowiedzieć się od Hindusa, co się w kraju dzieje :) O Delhi jeszcze będzie.

Po trzeciej zmianie daty mojego lotu powrotnego (TAK! była i trzecia, grrrr!), kiedy wciąż nie mam pewności, czy i kiedy wrócę do Europy, zadzieram kiecę i w bojowym nastroju lecę do biura aerosvitu, które się w Delhi znajduje. Najpierw radzą mi, żeby skontaktować się z polską ambasadą, bo wiza się niedługo kończy, a nie wiadomo, ile jeszcze razy lot zostanie przełożony, ale oczywiście standardowo w sekcji konsularnej przez cały dzień nikt nie odbiera telefonów. W aerosvicie mam zamiar wykłócić się o…właśnie, sama nie wiem, o co, bo z relacji innych wiem, że zwrotu kasy za hotel i tak nie ma szans od nich wyegzekwować, ale chcę im przynajmniej powiedzieć, co o nich myślę.

A na miejscu, zamiast wrednych ukraińskich babsztyli, które nie odpowiadają na moje maile i nie odbierają telefonów, a które spodziewałam się zastać, zastaję przemiłą Hinduskę, która z uśmiechem przeprasza i obiecuje, że czwartkowy lot się już na 100% odbędzie. Ale z 18(!) godzinnym opóźnieniem. Miła pani mówi mi, że po powrocie do Polski mogę napisać ZAŻALENIE!!! Pfff, to chyba żart… Nie kłócę się, bo pani naprawdę sympatyczna, a co ona winna, że pracuje dla takich debili. Podejście złe, ja to jednak nie umiem walczyć się o swoje..:S Informują mnie też, że dwa poprzednie loty zostały odwołane z przyczyn TECHNICZNYCH :O

Na lotnisko w Delhi można dostać się tylko z wydrukowanym potwierdzeniem lotu i okazując paszport. Wkurzam się, bo odprowadza mnie kumpela, a po odprawie bagażu chciałyśmy jeszcze pogadać, ale nic z tego. Potem nie pozwalają mi nawet wyjść na chwilkę, żeby jej coś przez drzwi przekazać. W gruncie rzeczy to sensowne rozwiązanie, bo jakby każdemu z tysięcy Hindusów tam obecnych towarzyszyła choć jedna osoba, zamieszanie byłoby jak na bazarze. Pół godziny przed otwarciem wejścia do samolotu, Ukraińcy z komendą „poszli!” ustawiają się w kolejce. A i tak miejsca na pokładzie są już przydzielone. Jak ja to uwielbiam :]

Mówią „you get what you pay for” i nie czepiam się marnego jedzenia czy niemiłych ukraińskich stewardes- to da się przetrawić. Ale na bezpieczeństwie oszczędzać nie ma co. Już na płycie lotniska widzę strach w oczach innych pasażerów, kiedy w samolot czymś stukają i cały się trzęsie. Poza tym przy starcie wybiórczo ludziom w różnych częściach samolotu włączają się i wyłączają komputerki pokładowe (z napisem Royal Brunei Airlines- Ukraińcy odkupili samolot, którzy tamci pewnie już z 10 lat temu spisali na straty) i światło, co dziać się raczej nie powinno. Przez cały lot z maszyny co jakiś czas dochodzą dziwne odgłosy. Przerażenie nie opuszcza mnie do momentu szczęśliwego lądowania na kijowskim lotnisku.

Nigdy więcej nie polecę żadnymi ukraińskimi liniami. Teraz już na pewno. Na stronie internetowej aerosvitu pięknie rozbudowany dział „customer care”, w rzeczywistości- najgorszy z możliwych!

pustki w samolocie to możliwość wygodnego wyspania się :) a za oknem wschód słońca

Pomidor z nadzieniem szpinakowym, mięso niezidentyfikowanego pochodzenia, ogóreczek, sztuczna bułka i dziwny jakiś deser. Po tylu miesiącach nawet śmieciowe „zachodnie” jedzenie smakuje super ;) Było i wino, fakt, że w papierowych kubeczkach, ale było.

Kijów. Brrrrr, zimmmmmmmmnnnnnnnoooooo mi! Pierwsze, co słyszę po wyjściu z samolotu, ciesząc się, że odetchnę wreszcie od Indii, to charczący Hindus tuż za mną. Stopoveru „dzięki” aerosvitowi brak, wizyta w centrum nie dochodzi więc do skutku :[ Spędzam 9 godzin w strefie tranzytowej lotniska. A ono niby nowe i ładne, ale ma niedociągnięcia w postaci braku kontaktów, nie mogę więc uciąć sobie drzemki, bo boję się, że budzik w prawie już rozładowanej komórce nie zadzwoni. A jetlag mocno daje o sobie znać i oczy zamykają się same. W Indiach nawet każdy dworzec kolejowy, nie mówiąc już o pociągach, miał mnóstwo kontaktów. Wstydź się, Europo.

W okienku z angielskim napisem „information” starsza pani z trwałą na głowie w kolorze „tleniony blond” i w modnym u nas wieki temu żakiecie z poduszkami na ramionach na większość pytań obcokrajowców odpowiada „ja ni znaju”. Choć jak ktoś spytał „where’s the gate no.X?”, dała radę i palcem wskazała kierunek :]

Praga. Krótko. „Dzięki” aerosvitowi noc jedna zamiast planowanych nocy trzech :[ Turystycznie poznana już lata temu. Tym razem śladami Beatlesów. O ścianie Johna Lennona dowiedziałam się w Indiach, w Rishikeshu, gdzie spotkałam sporo fanów liverpoolczyków.

fani Beatlesów dają tu upust swoim artystycznym talentom ;)

love is all around

Obowiązkowe zakupy na szybko- Fidorka to od zawsze mój faworyt wśród słodyczy :) No i oczywiście:

gulasz, knedliczki i ciemny Kozel :)

przechadzka mostem Karola

uliczni artyści na każdym kroku

Azjaci też, a oni, jak wiadomo, lubią pozować do zdjęć

praski Orloj, czyli najbardziej znany zegar astronomiczny świata; Ratusz miejski

a o pełnej godzinie rytm wybija m.in. kościotrupek

życie towarzyskie kwitnie- widok z mostu Karola

galeria sztuki nowoczesnej

polski akcent na czeskiej ziemi

jedna ze stacji praskiego metra

Praga ładne miasto i po Indiach to jak balsam dla mojej duszy.

Polska stolica już jutro.

Od teraz i ja mam swoją stronę na facebooku. Ładnie proszę o polubienie i, jeśli się podoba, polecanie znajomym :)

3 komentarze leave one →
  1. 23/06/2012 2:54 pm

    A i jeszcze zapomniałam
    świetna henna :)
    http://www.facebook.com/bozdrowie

  2. 23/06/2012 2:52 pm

    szalona podróż,
    Fidorka to nazwa sklepu, czy jakieś tradycyjne słodycze czeskie?
    No i jeszcze rzeźba Dawida Czernego- I like it:)
    superzdjęcia!

    http://www.facebook.com/bozdrowie

    • 23/06/2012 3:25 pm

      Fidorka to taki okrągły mini wafelek z czekoladowym/orzechowym/kokosowym nadzieniem- pycha!

Masz coś do dodania? Wal śmiało!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: