Skip to content

Wściekłe psy i inne upierdliwości

09/05/2012
tags:

Ugryzl mnie pies. Bez szczekniecia ani zadnego ostrzezenia po prostu podszedl i chapnal w lydke. Nie zdazylam nawet pomyslec o uzyciu gazu pieprzowego, ktory zawsze, na wypadek takich wlasnie akcji, nosze w torebce.
Nie wiem, czy byl wsciekly. Nie byl bezpanski- te, mimo ze wszechobecne, sa na ogol senne i niegrozne. Niby wlasciciel zapewnial: „no problem, no infection, no doctor”, ale wiadomo, czy takiemu Hindusowi ufac..
Oprocz zakupu nowych spodni oznacza to wiec piec wizyt u lekarza w ciagu najblizszego miesiaca- lacznie szesc szczepionek przeciw wsciekliznie :/ Kolejny nieprzewidziany wydatek, ktory jednak, mam nadzieje, zostanie mi zwrocony przez ubezpieczyciela.

Zachwycam sie Indiami. Wbrew swoim oczekiwaniom pokochalam ten kraj i chetnie tu kiedys wroce. Ale, jak mowia, to kraj „50% amazing, 50% frustrating”, dzis wiec o tych ciemnych 50%. Kilka krotkich scenek z zycia:

Scenka nr 1:
Upal. Na horyzoncie uliczne stoisko ze swiezymi sokami, uff, zbawienie. „Come, my friend, sit with us”- sprzedawca wydaje sie przyjaznie nastawiony. Zatrzymuje sie i pytam o cene, co w tym kraju trzeba robic nawet przed zakupem butelki wody. „Pineapple juice? 100 rupees ONLY”. Az wybucham smiechem. Odwracam sie i wychodze, a gosciu drze sie za mna „ok, ok, special price for you, 40 rupees”. Znajduje kolejne takie stoisko i kupuje taki sam sok za 10 rupii.

Scenka nr 2:
Chce kupic mango. Wiem, ze powinno kosztowac nie wiecej niz 10 rupii za sztuke. Sprzedawca chce ode mnie 30Rs. Nie zgadzam sie. Ten zapewnia, ze to „local price, indian price. Nie probuje cie oszukac, madame, uwierz mi”. Jasssssne. Wracam do hotelu i opowiadam to chlopakom z obslugi. Jeden z nich idzie na bazar i za te 30 rupii przynosi mi 4 mango. Zakup dla mnie nieosiagalny.

I nieistotne, ze te 20rupii roznicy to mniej niz 1,5zl. Jezdzac po Indiach trzeba myslec w lokalnej walucie i nie dac sie postrzegac jako bankomat na dwoch nogach. Bo przeciez „turysta=bogaty”. A jak do tego jest bialy, to juz w ogole spi na kasie.

Scenka nr 3:
Autobus na kilkugodzinnej trasie. Mlody chlopaczek sprzedajacy bilety, na oko 17 lat.
Szczerzy sie do mnie od poczatku i przy wreczaniu biletu nachyla sie i mowi „I like you very much”. Usmiecham sie, ale ucinam rozmowe. Przez prawie 4godziny siedzi naprzeciwko mnie i sie gapi. A jak Hindus sie gapi, to bezczelnie. Hindus nie zna wstydu. Nie obchodzi go, ze mi to moze przeszkadzac. Nie przestanie nawet jak ja zaczne sie tak samo i z pogarda gapic na niego. Zaslaniam wiec twarz ksiazka. Za jakis czas podchodzi do mnie i mowi pewny siebie: „You and me hotel”. W tym momencie juz ostro go opierdzielam, a ten wciaz „no, dalej, chello, tylko jedna godzina”. Ale jak to? Odmawiasz mi? Przeciez jestes z Zachodu. A zachodnie kobiety zachowuja sie tak i tak. Kilku facetow siedzacych niedaleko ryczy ze smiechu. Na szczescie pozniej dosiada sie do mnie jakas miejscowa kobitka, w jej obecnosci mlody juz nie pozwala sobie na zadne glupie teksty.

Scenka nr 4:
Pociag. Klasa sleeper, czyli bezprzedzialowe „prycze”  sypialne. W tym samym wagonie podrozuje kilka rodzin z dziecmi. Srodek nocy. Otwieram oczy obudzona jakims halasem. Oblesny stary dziad lezacy na wprost mnie bez wstydu sie zaspokaja, perfidnie gapiac sie na mnie. Nie przestaje, kiedy rzucam mu pogardliwe spojrzenie. Po tym juz nie moge zasnac. Nad ranem, kiedy jest jeszcze ciemno, sytuacja sie powtarza. Zapalam wiec swiatlo, liczac na to, ze dziadowi sie przynajmniej zrobi glupio.

Hindusi (mam na mysli facetow) sa wszedzie. Rzeki facetow na ulicach, marketach, dworcach. Kobiety w tym tlumie czesto gina. Gapia sie wiec na ciebie zawsze i wszedzie. W sklepie, w knajpie, nawet ci z obslugi hotelu. Czasem wychodze z siebie, kiedy w ciagu godziny slysze setne „hello, madame” albo cmokniecia czy natarczywe spojrzenia. Gapia sie tez dzieci, a czasem i kobiety. I chichocza. W pociagu kazdy chce widziec nie tylko „co ona tam ma w tej komorce”, ale tez „co ona je?” albo „co pije?”, tak jakby moja butelka coli byla inna niz ich.

Na poludniowych plazach nie bylo z tym wiekszego problemu, bo tam polnagie turystki to juz zadna nowosc, ale tu, na polnocy, chodze wciaz owinieta szalem i przylapuje sie na tym, ze unikam chocby najlzejszego makijazu, zeby czasem nie wygladac za ladnie i nie zwracac na siebie uwagi :P No i ciesze sie, ze nie jestem blondynka, bo to juz w ogole bylaby masakra.

Z drugiej strony takie zainteresowanie meskiej czesci hinduskiej populacji sprawia, ze prawie co dzien zalapuje sie a to na darmowy czaj, a to przejazdzke wielbladem za free. Co zlego by o tutejszych facetach nie mowic, na ogol sa sympatyczni i pomocni, a kiedy potem (zawsze) nastepuje „you go my house?” albo „you want indian husband?”, wymyslam jakies male klamstewko, np. ze maz (bo w kraju, gdzie wciaz wiekszosc malzenstw jest aranzowanych, malo kto zna pojecie ‚boyfriend’) czeka na mnie w hotelu. Akurat sie rozchorowal i lezy w lozku, dlatego dzis jestem tu sama. Radzili mi nawet, zeby kupic obraczke i ja nosic.

Ale zachwycam sie wciaz. Mimo wszystko. Bo jak nie zachwycac sie krajem, w ktorym na drzwiach domow obok napisu „welcome” namalowana jest swastyka? W ktorym krowa przylazi do ogrodu w hotelu i przeganiana kijem 5razy, dopiero za szostym spiernicza juz na sam widok kija? W ktorym normalny jest widok dwoch doroslych facetow objetych albo nawet idacych za raczke. W ktorym codziennie probuje innego jedzenia, a mimo to wciaz polowa menu jest dla mnie zagadka. I wciaz wszystko smakuje rewelacyjnie.

Ponoc juz nawet przechwycilam to ich krecenie glowa. Hindusi zataczaja osemki glowa, kiedy chca powiedziec „tak”, „moze”, „nie wiem”, „ok” i w co najmniej kilku innych przypadkach, ktorych jednak jeszcze nie rozgryzlam. Ktos powiedzial mi nawet, ze robie to czesciej niz oni. Jak wroce do Europy, bedzie to pewnie dziwnie wygladac ;]

Hiszpanie (i to z goracego poludnia kraju) poznani w Pushkarze radzili mi, zebym odpuscila sobie Jodhpur, bo jest w nim za goraco i nie da sie funkcjonowac. Przyjechalam tu i zyje. To samo mowia teraz lokalsi o Bikanerze, do ktorego wybieram sie jutro. „Nie jedz tam, to juz w ogole na pustyni, tam bedzie z 50 stopni”.
Nawet oni narzekaja na te upaly. Turystow prawie nie ma, bo to ponoc najgorszy okres na wizyte w Radzastanie. Dla mnie lepszy, bo latwiej negocjowac ceny ;) Hotele opustoszale, knajpy pozamykane. A ja czuje sie jak ryba w wodzie. Szczegolnie jak mysle o pogodzie w Polsce ;) Utwierdzam sie w przekonaniu, ze moj komfort termiczny jest o co najmniej kilka stopni wyzszy niz przecietnego czlowieka.
Mniej lubia to moje gumowe japonki, ktore sie w tej temperaturze po prostu topia..

2 Komentarze leave one →
  1. ruda permalink
    09/05/2012 9:28 pm

    Ja tez do tej pory czasem krece glowa:)
    Troche mam inne wrazenia z tą natarczywoscia hindusow, ale wlasciwie zawsze byli kolo mnie biali faceci wiec pewnie dlatego.Powiem Ci ze odwaznie, ja po tym wyjezdzie stwierdzilam ze sama z kolezanka na pewno w swiat nie jade, potrzebuje obok meskiego ramienia:)
    Wybierasz sie do sw. szczurow?
    PS. scenka 4-fuuuuu!

    • 10/05/2012 4:17 am

      oj z facetem u boku bylo kompletnie odwrotnie, o wiele latwiej! Ignorowali mnie wrecz, rozmawiajac tylko z nim.

      Ale w pozostalych krajach bylo zupelnie inaczej, zero problemow.

      No jade niedlugo oddac czesc sw. szczurom ;D

Masz coś do dodania? Wal śmiało!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: