Skip to content

„Pet nitnoj krap”

22/03/2012

pasta z groszku w galaretkowej otoczce

Oberwalo mi sie, ze za malo pisze o jedzeniu, wiec prosze bardzo!

„Pet nitnoj krap” to zwrot, ktorego powinien nauczyc sie kazdy, kto nie lubi na ostro ;) Znaczy to ni mniej ni wiecej, tylko „malo pikantne”. Wprawdzie tajskie jedzenie dosc rzadko ma az tyle chilli, zeby nie mozna go bylo przelknac, ale zdarzaja sie i takie niespodzianki, szczegolnie kiedy jada sie na ulicznych stoiskach, wiec wybierajac sie do Tajlandii warto zapamietac te trzy slowa.

Nie moge az uwierzyc, ze podczas mojego poprzedniego pobytu w Tajlandii nie znalam nawet kilku podstawowych zwrotow, takich jak „dzien dobry” czy „dziekuje”. Poruszalam sie wtedy wylacznie sciezkami typowo turystycznymi i nie za wiele z jedzenia poznalam, jedzac prawie tylko w knajpach. Tym razem eksploruje lokalna kuchnie tam, gdzie wystepuje ona w niezmienionej pod turystow postaci- na lokalnych bazarach i w jadlodajniach, gdzie bialy czlowiek pojawia sie rzadko. Trzeba sie troche po miescie najezdzic, zeby tam trafic, ale warto- w dzielnicach, gdzie turystow malo, ludzie sa jeszcze bardziej przyjazni. Podstawowa zasada jest wybieranie takich miejsc, gdzie kreci sie duzo lokalsow- wiadomo wtedy, ze jedzenie jest swieze i raczej nie powinno nam zaszkodzic. Z moich doswiadczen wynika, ze latwiej juz sie zatruc w drozszych knajpkach niz na ulicy, gdzie przerob jest ogromny. Drobne klopoty z zoladkiem zdarzaja mi sie do tej pory co kilka dni, ale powazne zatrucie przechodzilam tylko raz- po jedzeniu w Subway’u.

Bazary z jedzeniem sa wszechobecne w calej Azji Pd-Wsch, ale w Tajlandii o nie najlatwiej i sa najciekawsze. W Chiang Mai w kazda sobote i niedziele dodatkowo uliczki w centrum miasta zamieniaja sie w jeden wielki stragan- raj dla podniebienia! Przez kilka godzin chodze po ulicach, probujac wszystkiego po kolei- po kilku tygodniach spedzonych w tym kraju i kilku miesiacach w innych, jeszcze mi sie to nie znudzilo i chyba nigdy nie znudzi i wciaz tyle rzeczy jest dla mnie nowych.

Podstawa jest pad thai, czyli makaron z kielkami bambusa, jajkiem, tofu lub kurczakiem i czasem orzeszkami ziemnymi, ale poza tym tez jest w czym wybierac.

No to jedziemy:

miesko na patyku

nalesniki- do wyboru Angry Birds albo inne zwierzaki

smile! :)

pierozki z kurczakiem

kilkanascie rodzajow zielonej herbaty w bambusowym „kubeczku”

czarna galaretka z niepamietamczego

sushi w cenie 50groszy za sztuke!

ten usmiech!

Mozna zalapac sie na lody kokosowe z dodatkiem kukurydzy (!), mini slodkie pomidorki, a dodatkowo teraz jest tu sezon na truskawki, wiec sa one wszedzie. Trzeba tylko uwazac, bo w wielu miejscach podaja je z sola, fu!

mini pomidorki

slodziutkie truskawy

Tu tez maja sticky rice, najczesciej z dodatkiem mango.

Kurczak na patyku to juz standard, ale tym razem odkrywam mini jajeczka w panierce. Sa przepyszne, bo skladaja sie prawie tylko z zoltka.

a to jajka alkaliczne(?), cokolwiek to mialoby znaczyc.. sa ohydne!

grillowana matwa- nie odwazylam sie sprobowac

Stoiska z szejkami tez sa nieodlacznym elementem kazdego bazarku. Odkrywam nowy smak- liczi :)

Oprocz jedzenia i suwenirow, na Chiang Mai Walking Street (bo tak sie te weekendowe bazarki nazywaja) spotkac mozna ulicznych grajkow, tancerzy i innych artystow. Wielu z nich jest niepelnosprawnych, sa tez dzieciaki. To mi sie bardzo tu podoba- prawie nie ma zebrakow, kazdy probuje zarabiac na zycie, tworzac cos.

chlopczyk z zespolem Downa tanczy breakdance!

moi ulubiency- dziadek gra, a babcia tanczy

muzycy BEZ OCZU!

Za drobna oplata mozna uwolnic ptaszka z klatki ;) To popularna buddyjska praktyka, spotykana takze w swiatyniach.

posrodku bazaru jest mini oltarzyk, do ktorego ludzie podchodza i polewaja posazek woda

W miescie jest tez sporo knajpek ze zdrowa zywnoscia- to plusy obecnosci mnostwa turystow :) Ceny nie naleza tam wprawdzie do najnizszych, ale od czasu do czasu fajnie wybrac sie na sniadanie na owsianke z bananami i mango z dodatkiem bardzo tu popularnego i zdrowego soku z perza.

na zdrowy poczatek dnia- sok z burakow, kokosa i marchewki, sok z perza (fuj!) i popita w postaci zielonej herbaty :)

jakby komus brakowalo inwencji przy robieniu sokow

lunch :D

kurczaczek! ale jak ktos miesa nie lubi,…

…moze zaaplikowac sobie esencje z czikena w formie tabletek :D

suszone algi morskie! temu z prawej leci kropla potu z czola- to znaczy, ze jest na ostro :)

a jak przesadzi sie z chilli, dystrybutory z woda mozna znalezc wszedzie; za 10groszy napelnia sie 1,5l butelke

Uwielbiam ten kraj, chyba najbardziej z wszystkich dotychczasowo odwiedzonych! Lokalsi sa juz przyzwyczajeni do turystow, bo przeciez turystyka kwitnie tu juz od wielu lat, ale w przeciwienstwie do innych osciennych krajow, tu przez ten turystyczny boom nie zmienilo sie ich podejscie do nas- wciaz sa usmiechnieci i przemili. A na dodatek niesamowicie wyluzowani i ciesza sie zyciem. Oczywiscie w branzy turystycznej zdarza sie chamstwo i oszustwa, ale wiekszosc Tajow ma tak przyjazny, pozytywny wyraz twarzy, ze az milo na nich patrzec. Nawet z turystami witaja sie, skladajac rece jak do modlitwy i pochylajac glowe, co jest oznaka szacunku.

mimo calej sympatii, jaka Tajlandie darze, najlepszy obiad w zyciu zjadlam w bangkockim Chinatown. Jedyne, co rozpoznalam na talerzu, to kielki bambusa i jajko. Reszta to niezidentyfikowane, bielutkie i delikatne mieso

no a po jedzeniu czas na zmywanie; to Bangkok jeszcze w czasie powodzi, wiec woda z pewnoscia byla czysciuuutka ;)

a potem zdrzemka

No comments yet

Masz coś do dodania? Wal śmiało!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: