Skip to content

Za siedmioma górami i stu jaskiniami

14/03/2012

Z powrotem jestem w niemalze europejskiej Tajlandii, ale jeszcze cztery zalegle wpisy z Laosu czekaja, w ciagu kilku najblizszych dni postaram sie popracowac nad nimi :)

Jedyne, z czym kojarzylam Laos bedac jeszcze w Polsce to „sticky rice” (ryz podawany w bambusowym pudeleczku, sklejony tak, ze je sie go palcami, odrywajac z bryly) i „tubing” w Vang Vieng. Tubing nie zachecal mnie do wizyty w Vang Vieng w najmniejszym stopniu, choc z ciekawosci chcialam zobaczyc, o co w tym chodzi, wiec planowalam zatrzymac sie tu na 2, gora 3 dni, zeby „zaliczyc” te dla niektorych glowna atrakcje kraju. Zostalam tydzien, bo jak wysiadlam z autobusu, szczena mi opadla na widok gorskich krajobrazow.


Droga z poludnia kraju do Vang Vieng trwala 28godzin zamiast obiecywanych 24. Po drodze okazalo sie, ze mamy planowany 3godzinny postoj w stolicy, o ktorym oczywiscie nam wczesniej nie powiedziano, ale to przeciez Azja.

on the road again

W Vang Vieng i wokol niego naprawde jest co robic, ale wiekszosc ludzi przyjezdza tu tylko i wylacznie w celach imprezowych, o czym bedzie kolejny wpis. Wystarczy przedostac sie na druga strome rzeki jednym z bambusowych mostkow, ktore czynne sa tylko w porze suchej, zeby uciec od tabunow ledwo trzymajacych sie na nogach (i to w bialy dzien) nawalonych brytyjskich tudziez australijskich mlodziakow. A tam juz tylko gory i pastwiska, niezmącone niemal zadnymi halasami:

NO!!!

przeprawa przez rzeke

a niektorzy radza sobie i bez mostkow

Wybieram sie razem z Agata (nie jezdzimy juz razem, ale znow udalo nam sie tu spotkac) na rowerku do Blue Lagoon, gdzie mozna poskakac do orzezwiajaco lodowatej wody o slicznym kolorze. Na linie, w stylu Tarzana…

..albo z drzewa

Kawalek dalej jest jaskinia. Nie mam parcia na jaskinie i wybralam sie tam tak od niechcenia, skoro juz bylo tak blisko i….WOW! Schody do niej prowadzace nie wygladaja zbyt bezpiecznie, wiec pokonanie ich zajmuje nam z pol godziny. Agata mówi, ze w Europie wylaczyliby taka trase z uzytku turystow, a ja stwierdzam, ze wlasnie za to kocham Azje :) Tu nikt sie tym nie przejmuje.

To moja pierwsza TAKA jaskinia. Nie ma swiatel ani wyznaczonych sciezek. Kawalek od wejscia jest juz kompletnie ciemno, cicho i zimno. Niesamowite uczucie. Przy wejsciu spotykamy parke, ktora zgubila sie w srodku i troche spanikowali. Zajelo im dobre kilka godzin, zeby sie stamtad wydostac. Radza nam wiec, dokad isc, a gdzie sie lepiej nie zapuszczac. Na szczescie mamy latarke.

wychodzimy, ufff, w koncu widac swiatlo!

Jak ktos lubi jaskinie, to tu jest ich po prostu mnostwo, sporo z nich jeszcze nawet nienazwanych.

A wracamy przez pola i wioski:

ale zeby TAKIE widoki w drodze ze szkoly? toz to niesprawiedliwe! :P

piona! uwielbiam to foto :)

Agata jedzie dalej w swoja strone, a ja poznaje kolejnego Polaka- Lukasza, ktory na motorze (nie skuterze, a motorze z prawdziwego zdarzenia, ktorego zazdroszcza mu lokalsi) przemierza Azje i nawet chce mnie ze soba zabrac kawalek, ale niestety jedzie tam, gdzie ja juz bylam. Wybieramy sie za to razem na wycieczke do Water Cave. Kiedy smigamy (miejscami ponad 100km/h) po tych tragicznych laotanskich drogach pelnych dziur i z jedynie od czasu do czasu pojawiajacym sie asfaltem, mam smierc w oczach. To sie nazywa adrenalina! :D

Drogi w Laosie sa najgorsze z mozliwych.

Chwile po przejechaniu samochodu z naprzeciwka nie widac zupelnie nic przez tumany kurzu, ktore wzbija. Poza tym marzec jest w Laosie nazywamy „dusty (=zakurzony) seasonem”, bo masowo pali sie pola ryzowe i lasy, od czego dym jest wszedzie. Nienajlepsza pora na podrozowanie po nim, ale co zrobic.

a po drodze…

Jedzie z nami tez Izraelczyk, ktory jest zdecydowanie najciekawsza postacia, jaka w swojej podrozy poznalam. Podrozuje bez przerwy od dwoch lat i bardzo duzo wie o swiecie. Zacheca mnie na maksa do wizyty w Indiach, pokazuje mnostwo zdjec i opowiada sporo historii. Pokazuje mi tez filmik nagrany w polnocym Laosie (gdzies przy granicy z Chinami), po ktorym beda mi sie snily koszmary. Ceremonia pogrzebowa i kilkadziesiat sepow rozszarpujacych zakrwawione zwloki. Ohyda, jestem w szoku, ze takie rzeczy sie na swiecie jeszcze dzieja, ale wlasnie takie rzeczy, a nie hotele i masy tyrystow chcialabym zobaczyc, podrozujac. Asaf stwierdza, ze cala ta Azja Poludniowo-Wschodnia jest beznadziejna do prawdziwego podrozowania i dlatego juz niedlugo zmywa sie do Korei Poludniowej. Musze przyznac mu racje- tu wszedzie jest juz za duzo turystow i lokalsi sa do nas za bardzo przyzwyczajeni. D.latego ja tez zmieniam plany i zamiast jechac do Malezji i Singapuru tak jak wczesniej planowalam, niedlugo spadam stad w inne rejony.

Izraelczykow w podrozy jest mnostwo, mimo, ze to przeciez tak maly kraj. Powiedzialabym wrecz, ze po Angolach (+innych anglojezycznych), Francuzach i Niemcach jest ich najwiecej. W olbrzymiej wiekszosci to mlodzi ludzie dopiero po wojsku, ktorzy dostaja od rzadu kase na podrozowanie przez kilka miesiecy, a zreszta naprawde tego potrzebuja po tym praniu mozgu, ktore im wojsko, a wczesniej szkola, funduje.

mlody biegnie do mnie z obiecujaco wygladajacymi owocami, ktore niestety okazaly sie niejadalne

Kolejna jaskinia, mimo ze myslalam, ze mi juz ich wystarczy. Ale ta jest po prostu nie-sa-mo-wi-ta! Jedno z najpiekniejszych miejsc, jakie w zyciu widzialam. Wypozyczamy detki do plywania i zapuszczamy sie wglab dlugiej na kilka km groty wypelnionej woda :D pod sklepieniem zamontowane sa sznurki, dzieki ktorym wiadomo, dokad plynac. Ludzi praktycznie nie ma, co jakies pol godziny kogos sie spotyka. Jest kompletnie, ale to kompletnie ciemno i cicho. Plyniemy dosc daleko wglab i wylaczamy latarki. Ta cisza i ciemnosc jest wrecz troche przerazajaca. Oczy nie przyzwyczajaja sie do ciemnosci nawet po kilku minutach, bo nie ma ani odrobiny swiatla, dziwne uczucie. Jestem po prostu zachwycona tym miejscem, bo zawsze mi sie cos takiego marzylo. Ogladajac chocby „Niebianska plaze” w glowie mi sie nie miescilo, ze sama sie znajde kiedys w takich miejscach :)

tubing w jaskini

i po wyjsciu z niej, bo az zal oddawac detke

W drodze powrotnej zatrzymujemy sie na obiad w lokalnej knajpce, gdzie czestuja nas domowej roboty ‚lao-lao’, ale musze sama ratowac honor bialasow, bo chlopaki przeciez prowadza.

impreza trwa w najlepsze

Spieszymy sie, bo mam tego dnia wykupiony lot balonem na zachod slonca :D To jedno z moich marzen z dziecinstwa, a tu jego realizacja okazala sie wyjatkowo prosta i o wiele tansza niz w Europie- za 40minutowy lot zaplacilam $70. Bez szalu, szczegolnie, ze pogoda tego dnia byla nieciekawa- mgliscie i pochmurno, widocznosc slaba, potem w nocy lunal deszcz, ale ciesze sie, ze sprobowalam, w koncu przeciez „lepiej zalowac tego, co sie zrobilo, niz tego, czego sie nie zrobilo” :)

Balony byly trzy i dwa z nich dosc sporych rozmiarow, mieszczace po kilkunascie osob kazdy. Serce mi o malo nie wyskoczylo, jak zobaczylam, jak ciasny i malo stabilny jest kosz, do ktorego mamy wsiasc tylko we trojke, z dwoma Niemkami. Ale na szczescie moj lek wysokosci tym razem za bardzo sie nie ujawnil.

pajlot byl Chinczykiem

jeden z balonow juz jest w gorze

przygotowania do lotu

i ciekawscy gapiowie :)

jw.

34,4^C na gorze!

gdyby nie ta mgla…

glowna ulica i niezle zakurzone dachy domow wzdluz niej

jeden z balonow laduje na imprezie weselnej

Jakby atrakcji bylo malo, kolejnego dnia wybieram sie na krotki kurs wspinaczki gorskiej. Jakies 50zl za pol dnia. Nie na zadnej sztucznej sciance, tylko od razu w gorach. Nigdy nie mialam okazji sprobowac, a to tez mi sie od dawna marzylo, a czy mozna sobie wyobrazic lepsze miejsce do wspinaczki niz Laos? Taka okazja sie drugi raz nie powtorzy.

Ups, to byl skok na gleboka wode, bo sciana, na ktora nas zabieraja na pierwsze wejscie jest pionowa i wysoka na kilkadziesiat metrow, ale nie ma juz odwrotu!

no to zaczynamy!

Zabawa jest swietna, tylko wszyscy z naszej poczatkujacej grupy robimy ten sam blad- uzywamy ramion zamiast nog, nie mialam pojecia, ze powinno sie bazowac glownie na nogach. W ciagu kilku godzin wspinamy sie na 4-5 scian, ale na jedna z nich nie udaje mi sie wejsc do konca, tuz przed szczytem nie wiedziec czemu zaczynam panikowac i czuje, ze musze natychmiast znalezc sie na ziemi. Kolana trzesa mi sie tak, ze nawet instruktor z dolu to widzi ;)

Nie bylam jedyna, dwoch chlopakow, ktorzy wygladali na twardzieli, zrezygnowalo po dwoch nieudanych probach, jeden z nich wygladal, jakby mial sie zaraz poplakac.

przezyli tubing w Vang Vieng, ale nie dali rady na wspinaczce; te koszulki nosi tu wiekszosc ludzi

No a spadanie to moja ulubiona czesc :)

Takim oto sposobem w ciagu zaledwie 30godzin spelnily sie moje trzy marzenia :D

I na koniec krotki offtopic:

nalewka z karamboli; kobitka to przygotowujaca mowi: „to nie alkohol. To tylko owoce i cukier i kilka dni na sloncu” :)

LUAndry :P

z wszystkiego mozna zrobic sztuke

No comments yet

Masz coś do dodania? Wal śmiało!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: