Skip to content

Pełnia księżyca i ciuszki na miarę

13/02/2012

Po dotarciu do Hoi An, zamiast odsypiac, od razu udajemy sie na wycieczke po okolicy- standardowo skuterkiem. Przez pola ryzowe mkniemy na plaze- ta nie jest zbyt zatloczona, bo od turystycznej dzielnicy dzieli ja dobrych kilka km. Centrum miasteczka od poczatku mnie zachwyca. Sklada sie z pofrancuskich slicznych domkow i jest niezle zachowane, bo jest pod patronatem UNESCO. Na dodatek jest tam zakaz poruszania sie motorkow i samochodow, co sprawia, ze spokojnie mozna sobie spacerowac, nie obawiajac sie o zycie ;)

w takim stylu utrzymane sa wszystkie knajpki, zaklady krawieckie, sklepiki…

ciekawie prezentuja sie dachowki domow

Jak zwykle tez mnostwo prowizorycznych oltarzykow:

Kadzidelka w spalonej sloncem puszce po coli…

..wetkniete w drut kolczasty..

..albo po prostu w chodnik.

procesja; wygladalo mi to na pogrzeb- bialy to u buddystow kolor zalobny

Szwendajac sie po uliczkach posrod tych francuskich domkow trafiam tez na tradycyjna wietnamska drewniana chatke, tak troche na uboczu i turystow brak. Przygladam sie niesmialo i robie zdjecia, az wychodzi usmiechnieta(!) kobitka i proponuje mi wstapienie w odwiedziny. Oprowadza mnie po kolei po pokojach. W jednym z nich spi jej kilkumiesieczne dziecko, w kuchni jej mama gotuje obiad. Na koniec czestuje mnie herbata i ciasteczkami. Nauczona wczesniejszymi doswiadczeniami z wietnamskimi oszustami, nieufnie podchodze do sprawy, ale tym razem nikt nie chce ode mnie pieniedzy. Babeczka pokazuje mi tylko sklepik z lampionami i bizuteria robiona przez jej rodzine, ale absolutnie nie nalega, zebym cos kupila. Jak dobrze czasem spotkac takich ludzi! Wiara w czlowieka przywrocona :) Ale nie na dlugo..

Kawalek dalej dzieciaki wrzeszcza „one dollar”, widzac, ze robie zdjecia (ale nie im). Olewam je i ide dalej, a wtedy te biegna za mna, blagajac, zeby zrobic foto i im. Pchaja sie do aparatu i trzymaja mnie tam dobre 10minut. Oto efekty:

Dziadek siedzacy na lodce szeroko sie usmiecha, wiec pytam grzecznie, czy moge zrobic foto. Kiwa glowa, wiec strzelam kilka zdjec i dopiero wtedy slysze „one dollar”.

Nastepny przystanek- kobitki sprzedajace owoce, znow sie szczerzace sie na moj widok!

To jakas nowosc w tym Hoi An, ze tylu ludzi ma usmiech na twarzy

Same krzycza, ze foto za darmo (podejrzane..). Spodziewam sie, ze bede musiala potem cos od nich kupic, ale i tak to planowalam, wiec robie fotki i pytam, ile za kisc bananow. Wyskakuja mi z taka cena, ze az wybucham smiechem ze zdziwienia. Chca jakies 25(!) razy wiecej, niz powinny kosztowac. Udaje mi sie w koncu wynegocjowac cene „jedynie” 4krotnie wyzsza niz normalna i Wietnamczyk stojacy obok i przysluchujacy sie temu chwali mnie, ze umiem sie targowac. Taaa…Nawet jesli i moze umiem, to nie znosze tego. Wkurza mnie juz to, ze nawet w sklepie spozywczym nie ma karteczek z cenami i trzeba sie wyklocac o kazdego donga przy kupnie glupiego lizaka. A Wietnam Chupa Chupsami stoi. Jestem w raju, bo jeden taki kosztuje (a przynajmniej powinien) niecale 20groszy :)

kawalek za granicami miasta (wybieramy sie tam na rowerkach) zycie toczy sie po swojemu

pranie w ostatnich promieniach slonca

Zostajemy tu kilka dni, zeby zalapac sie na „Fullmoon festival”- jakze inny od tego o podobnej nazwie na tajskiej Ko Phangan. W calym centrum wylaczaja wtedy latarnie i jedynym swiatlem jest ksiezyc w pelni, a rzeka zamienia sie w strumien kolorowych lampionow, puszczanych na wode.

Hoi An dzien przed pelnia ksiezyca- przygotowania do swietowania pelna para

niektorym lampionom troche sie zdechlo ;)

Atmosfera jest niesamowita! Znow jemy kolacje przy tych uroczych mini krzeselkach i stoliczkach nad rzeka przy swietle lampy naftowej, popijajac wodka ryzowa przyniesiona gdzies z zaplecza w malej butelce po wodzie mineralnej (30.000d), a potem za dolara wybieramy sie na krotka przejazdzke lodka, lawirujac miedzy tysiacami lampionow, rewelacja! Oczywiscie swoje swieczki tez na wode wypuszczamy, wypowiadajac zyczenie ;)

świętują wszyscy bez wyjątku, krawcy też

Świątynie tej nocy pelne sa modlacych sie ludzi, od dymu z kadzidelek tak gesto, ze ledwo da sie oddychac

Nasz hotelik w Hoi An ma najlepsza z mozliwych lokalizacje- w samym sercu miasta, posrodku marketu.
a tam, jak zwykle- czillaut pełną parą
zielonoooo mi

prawie jak na Kubie
Ale… pokoje sa koszmarne, najgorsze od czasow kambodzanskiego hoteliku ze szczurem- na scianach grzyb, w lazience wciaz woda po kostki, brak okna, mnostwo komarow, a moskitiery smierdzace czyms niezidentyfikowanym. W srodku nocy budzi nas szczekanie psa, ktore nie ustaje przez bite 2godziny. Dopiero potem ktos raczy go uciszyc, slychac brzek tluczonego szkla. Prosze o zmiane pokoju, dostajemy podobny, ale przynajmniej bez wody w lazience. Ciezkie chwile, ale wszystkie inne hotele w tym miasteczku sa o co najmniej kilka dolcow drozsze, wiec zaciskamy zeby i kolejnego dnia udaje nam sie wynegocjowac pokoj juz z oknami w tej samej cenie ;)
a z okien widok taki- „poza kucana” jako najbardziej popularna wsrod Wietnamczykow
Z Australijczykiem i Szwedem poznanymi w hotelu wybieramy sie do kilku barow, pomiedzy ktorymi woza nas motorkiem. Jest to darmowe pod warunkiem, ze zostanie sie w barze przynajmniej na chwile i cos zamowi. Jest nas piatka (z kierowcami 7osob), a motorki dwa. Zaden problem, to przeciez Wietnam, jade scisnieta miedzy dwoma facetami (+kierowca) i wszystkim dopisuja humory, do czasu, gdy o 4 w nocy, na pustej drodze wyskakuje nam z czelusci babcia z mini straganem i wola „buy something”. Australijczyk juz nie wytrzymuje i wydziera sie na nia „kim ty do diabla jestes i skad sie tu wzielas?”. Kierowcy smieja sie do rozpuku.
Miejscowa specjalnosc to „cao lau”, ktorego nigdzie indziej w Wietnamie sie nie spotka, a tu jemy to na sniadanie, lunch, kolacje i fast foodowa przekaske po nieprzespanych nocach.
maja tu wiecej lokalnego jedzonka, nazw niestety nie pamietam, ale wszystko smakowalo rewelacyjnie. Hoi An to raj dla smakoszy
a miedzy stoiskami z zupka „pho” (ten ich kultowy rosolek) i „cao lau” panowie graja w domino na kase :)
w oczekiwaniu na klientow

Wybralismy sie tez do kina. Babka nie chciala nam poczatkowo sprzedac biletow (30.000d), bo upierala sie, ze nie ma zadnych filmow po angielsku i troche to zajelo, zanim wytlumaczylismy jej, ze jestesmy tego w pelni swiadomi i chcemy zobaczyc film wlasnie po wietnamsku. Sala wypelniona drewnianymi krzeselkami, ptaki latajace przed ekranem i ludzie kopcacy papierosy (to zdarza sie tez w autobusach). Film okazal sie romansidlem na wesolo (przynajmniej dla nas, bo Wietnamczycy nie smiali sie nawet w kinie), a akcja rozgrywala sie w wiekszosci w ulicznych knajpkach serwujacych czikena z ryzem. Historia niesamowita, bo opowiadala o dziewczynie, ktora koles na poczatku filmu probowal zgwalcic, a potem nawiazala sie miedzy nimi przyjazn i romans. W miedzyczasie strzelali sie, bili niczym Chuck Norris i ogolnie bylo smiesznie ;)

Hoi An slynie z mnogosci krawcow i szewcow- jest ich tu kilkuset, jak nie kilka tysiecy.

Nie da sie przejsc ulica unikajac nachalnego „many colours, many sizes!”, „very, very cheap, happy hour” (ktora trwa oczywiscie caly dzien) czy tez „special price for you, my friend”, discount for you, my friend!” krzyczanego zawodzacym glosem. Agata, ktora mieszkala przez 1,5 roku w roznych afrykanskich krajach, mowi, ze nawet tam ludzie nie sa az tak nachalni. Bez tego przeciez o wiele chetniej wchodziloby sie do sklepow, a takie nagabywanie tylko odstrasza, czy oni tego nie rozumieja? Po paru dniach powtarzania sobie niczym mantry „nie daj sie wyprowadzic z rownowagi i zepsuc sobie humoru” tak juz nas to denerwuje, ze nie mamy ochoty wiecej wychodzic z hotelu- to znak, ze trzeba jechac dalej.

Zdazylam jednak uszyc sobie sukienke, szorty i, uwaga…buty na miare. Za wszystko razem $45. Mozna sobie zazyczyc dowolny markowy znaczek, przebierac w katalogach albo nawet przyniesc wlasny obrazek znaleziony w Internecie, sa tu w stanie uszyc wszystko. Z jakoscia wykonania roznie bywa, zanim efekt mnie zadowolil bylo kilka poprawek, ale calosc i tak zamknela sie w 48h oczekiwania.

Z Hoi An udajemy sie busikiem do Hue, tym razem to tylko 5godzin jazdy. Widoki znow nieziemskie- intensywnie zielone pola ryzowe powciskane pomiedzy gory.

2 komentarze leave one →
  1. 18/02/2012 10:10 pm

    Fullmoon festival w Wietnamie przypomina trochę Tajskie Loi Krathong. Niestety mnie ominęło (końcówka listopada).
    W Wietnami ludzie uśmiechają się głównie za dolara? Nie wiem jak Tobie, ale mi brakuje Tajlandii i tamtych uśmiechów. Tęskniłam już właściwie jak wsiadłam do samolotu Turkish Airlines. Wszyscy mili, uprzejmi, ale to już nie to samo… ;)

    • 19/02/2012 3:26 am

      W takim razie koniecznie wpadnij kiedys do Laosu, bo tu usmiechaja sie jeszcze czesciej :-)
      A Loi Kratong mi przypomina poznanska Noc Kupaly ;-) tez mnie niestety ominelo, bylo w tym roku doslownie kilka dni przed moim przylotem do Tajlandii (polowa listopada)

Masz coś do dodania? Wal śmiało!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: