Skip to content

Ostatnie ciepłe dni w kolejnej „małej Moskwie”

13/02/2012

Dzis moj ostatni dzien w Wietnamie! Ciesze sie niezmiernie, bo meczy mnie juz ta ciagla walka o ceny i uzeranie sie z chamstwem na kazdym kroku, a poza tym tu i teraz (Ha Noi) zimno jest przerazliwie (niby 16stopni, ale mam na sobie 8warstw ciuchow i marzne), ale jednoczesnie bede tesknic, bo to do tej pory najciekawszy kraj, w jakim kiedykolwiek bylam.

Tesknic bede za super mocna kawa, ktorej fanka stalam sie dopiero tutaj. Nie smakowala mi kawa ani w Polsce, ani we Wloszech, ale ta, czarna jak smola i z dodatkiem mleka skondensowanego jest przepyszna! Podawana na goraco lub mrozona, a najlepiej z kostkami lodu wrzuconymi do wrzatku.

Kupilam sobie taki filtr do jej parzenia i juz zawsze bede pic kawe slodzona mleczkiem skondensowanym!

Bede tesknic za ruchem ulicznym, ktory wciaz mnie zadziwia i smieszy, za sprzedawcami lodow albo kukurydzy, ktorzy z mega powazna mina jezdza po ulicach z megafonem, zwracajac na siebie uwage muzyczka techno wydobywajaca sie z niego, za przepysznym jedzeniem podawanym z nie do konca czystymi aluminiowymi mini lyzeczkami i paleczkami nie zawsze do pary, a przede wszystkim swiezymi sajgonkami, ktore samemu sie zawija w papier ryzowy i macza w sosie orzechowym, za tymi wszystkimi absurdalnymi scenkami z ulicy, z ktorych Bareja spokojnie moglby skompilowac kolejna czesc „Misia”. O tak, fanow „Misia” Wietnam zachwyci!

Poza tym Ha Noi mile mnie zaskoczylo i ostatni moj kontakt z tym krajem pozostawia przewage pozytywnych wspomnien :)

O polnocy uda mi sie pewnie naskrobac cos dopiero za kilka dni, juz z Laosu, a poki co o rejonach, w ktorych bylo jeszcze cieplo.

W Nha Trang probuje sie zakwaterowac w najtanszym dostepnym miejscu, czyli dormie za $4, ale kobitka nie chce mnie przyjac, „bo aktualnie sa tam sami faceci”. Mowie, ze absolutnie nie jest to dla mnie problem, ale i tak nie pozwala mi sie tam zatrzymac, strazniczka moralnosci :/

Mowia, ze Nha Trang to tylko plaza i imprezy i jest w tym duzo prawdy, ale jest tez co zwiedzac. Zamiast smazyc sie na plazy, wybieram sie do galerii fotografii i zobaczyc wieze dynastii Chamow (:D)- taka miniatura Angkor Wat.

wszedzie widac chinskie wplywy

Zalapalam sie akurat na show tradycyjnego tanca

Wieze zbudowane sa na jednej z wysepek, ktorych jest tu sporo i wiekszosc z nich polaczona jest z ladem mostami, a na kanalach mnostwo lodeczek rybackich.

a te, podobnie jak na Mekongu, maja oczy

Zrobilam tego dnia z 15km pieszo. Nad plaza jezdza wagoniki ponoc najdluzszej kolejki linowej w Azji, woza ludzi do polozonego na pobliskie wysepce wesolego miasteczka. Jest tez kompleks basenow blotnych (!), gdzie zamiast wody mozna wytaplac sie w blotku. Brzmi ciekawie, ale to kolejna rzecz do zaliczenia „kiedys”, jak budzet bedzie wiekszy ;)

Wieczorem kolejne spotkanie z Mlodym, ktore mialo byc tylko kolacja, a konczy sie jak zwykle nad ranem po calej nocy imprezowania. Ale spojrzcie, co znalezlismy:

nie bylo opcji, zeby to przespac ;) dla przypomnienia- zlotowka to ok. 7 000d

Kolejny dzien to juz oczekiwanie na nocny autobus do Hoi An, spedzony na plazy z ksiazka, mimo, ze pogoda nieciekawa, niebo zachmurzone i nawet troche pokropilo. Ale to tylko lepiej, bo wciaz jest cieplo, a przynajmniej nie ma tlumow, a na horyzoncie niezmiennie wysokie gory- jak dla mnie nie ma nic piekniejszego niz polaczenie gor i morza.

Mimo calej tej komercyjnej otoczki (maja tu m.in. KFC i Sheratona), tutejsza plaza wciaz jest warta odwiedzenia

jeden z hoteli; wg Azjatow im bardziej kolorowo i swiecaco, tym lepiej

tu znowu w restauracji latwiej znalezc menu po rusku niz po angielsku

kawalek dalej zycie toczy sie normalnie, „po wietnamsku”

probuja dorownac Tajlandii- tam siec podobnie wygladajacych sklepikow to „7 eleven”

firma wielobranzowa o jakze wdziecznej nazwie „firma”

koty tutaj maja dobrze- nawet je karmi sie mlekiem skondensowanym :D

Z Nha Trang do Hoi An bierzemy autobus tzw. „sypialny”.  Genialny wynalazek, ale gorzej w praktyce, bo wietnamskie drogi zdecydowanie nie sa dla nich stworzone. Przez te wyboje w czasie 12godzinnej jazdy udalo mi sie zasnac na godzine, mimo ze kierowca nawet jakby mniej trabil. Najlepsza czesc kazdej takiej podrozy to dostrzezenie znaku pokazujacego, ze do docelowej miejscowosci juz „tylko” 25km. „Oooo, to juz tylko godzina i bedziemy u celu”. Tesknie za tajskimi autostradami ;)

Dostajemy niby najlepsze miejsca na samym koncu, w sumie jedyne zupelnie lezace w calym autobusie. 5 osob obok siebie. Australijki przez pierwsze dwie godziny marudza, ze to najgorsza podroz, jaka mialy okazje odbyc, ze ciasno, smierdzaco, ze koce brudne, ze czuja sie jak zwierzeta w klatce. Faktycznie jest ciasnawo, mniej niz metr nad naszymi glowami jest kolejne pietro „lozek”, nie da sie nawet usiasc, nie mowiac o wyprostowaniu nog, bo lozeczka zrobione sa na azjatycka miare, ale dla mnie to moze nie tyle atrakcja, co kolejne ciekawe doswiadczenie, smiejemy sie wiec z tej calej sytuacji z Mlodym, Australijki lypia na nas zabojczym wzrokiem. Wyprawa do toalety oznacza skakanie przez plecaki, walizy i ludzi siedzacych (!) w przejsciu. W samej toalecie niespodzianka..Bagaze upchane sa wszedzie, w tym oczywiscie na kibelku. Ciesze sie, ze moj zalapal sie jeszcze do luku bagazowego i nie baczac na nic wywalam wszystkie na zewnatrz, zeby z niej skorzystac i bardzo dobrze, bo przez 12godzin jazdy nie zatrzymujemy sie ani razu.

W koncu nad ranem docieramy do Hoi An.

No comments yet

Masz coś do dodania? Wal śmiało!

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: